Samorozwój leży i kwiczy. Tez tak masz?

Jak to właściwie jest z tym naszym rozwojem i dążeniem do doskonałości?

Każdy chciałby być mądry, piękny, młody i bogaty bez wysiłku, no dobra większość chce. Ja też. Codziennie rano wstaję, a właściwie zmartwychwstaję. Nie znoszę rano wstawać, to jakaś abstrakcja. O tej porze, o której ja wstaję niektórzy się dopiero kładą.  No dobra wstaję i każdego dnia, mam jakiś plan. Tak plan jak zdobyć świat. Potem przychodzi rzeczywistość i weryfikuje moje plany. Robię ze sobą zakłady i sama siebie oszukuję, na szczęście nie we wszystkim.

Świat bombarduje nas cytatami motywacyjnymi i przyznam Ci się, że w większości przypadków, wkurzają mnie te teksty. Teksty o tym, że możesz wszystko, no nie, nie możesz. Żeby się człowiek nie wiem jak starał to siłą woli ze schodów windy nie zrobi.

Czytam, kiwam głową i wracam do swojej strefy komfortu, stwierdzając że samorozwój to chwyt coachingowy.

Samorozwój leży i kwiczy. Też tak masz?

Ile jesteśmy w stanie poświęcić, żeby doskonalić swój mózg, ciało?

O ile z doskonaleniem mózgu nie mam problemu i wydaje mi się, że jestem w stanie poświęcić wiele, żeby się rozwijać. Chociażby sen, który kocham z wzajemnością. Odpoczynek i bardziej prozaiczne rzeczy na przykład oglądanie serialu, czy czytanie książki. Tak jestem w stanie jechać przez pół Polski, żeby pobyć dwa dni z inspirującymi kobietami. Lubię się uczyć nowych rzeczy, podróżować, poznawać, kształcić się.

To z ciałem już mam problem. Nie jestem w stanie się zmobilizować na przykład do jedzenia regularnie, ba czasami nie jestem w stanie zmobilizować się do zjedzenia śniadania. Takie pierdoły, a warunkują moje dobre samopoczucie. Nie jestem też w stanie zmobilizować się do samodzielnych ćwiczeń. Niby wszystkie czynności jakie wykonuję są dla mnie ćwiczeniem, to jednak mam wyrzuty sumienia, że nie robię więcej. Wiesz jak to jest. Od jutra, po okresie, na wiosnę. I tak schodzi dzień za dniem.

 

Samorozwój leży i kwiczy. Też tak masz?

Kiedy jesteśmy w stanie wyjść komfortowo ze strefy komfortu?

Strefa komfortu, to coś na co pracujemy całe życie. To miejsce, obszar, stan umysłu, w którym, z którym czujemy się bezpiecznie. I co się dziwić, tym którzy nie chcą jej opuszczać. Dla mnie taką strefą komfortu jest mój dom i mój umysł. Nie zawsze mam ochotę go opuszczać, ani kogoś do nich wpuszczać. Ale nie jestem z tych osób, które jak sobie coś zakodują to ciężko im się przestawić na inny tor, no nie. Nie idę jak koń z klapkami, potrafię zmienić zdanie słysząc rozsądne argumenty. Magiczne słowo: rozsądek.

Czy wyrzuty sumienia, to taki sygnał od sumienia, że się lenimy, że samorozwój leży i kwiczy?

Podejrzewam, że trochę tak, bo podświadomość daje nam znać, że to nie jest okej, że nie czujemy się z tym dobrze. Chyba nie jestem jedyną, która zastanawia się nad tymi zjawiskami. Wychodzę z założenia, że jeśli moje lenistwo nikogo nie krzywdzi, w tym mnie, to słusznym jest leżakowanie i olewanie zadań, które można przełożyć. Po kiego groma się śpieszyć z czymś co można zrobić z powodzeniem jutro? Sumienie krzyczy.

Jednakowoż sumienie można szybko uciszyć lub odłożyć na później. Długo nie mogłam ogarnąć jak to zrobić, żeby mi się tak chciało jak mi się nie chce. Nie przemawiają do mnie autorytety coachingu, mówiące z ekranu laptopa „dasz rade uwierz w siebie”, no nie, to nie jest moja bajka. Samorozwój to dla mnie chwyt coachingowy. Wiele już takich „kursów” obejrzałam i jedyne co się działo to pusty śmiech ogarniał me ciało.

Dopiero całkiem niedawno odkryłam, że to co może mnie zmobilizować kryje się po jednym słowem:

STRATEGIA

Samorozwój leży i kwiczy. Też tak masz?

Powoli oswajam się z tym słowem i zastanawiam się jaką strategię wybrać, żeby czuć się lepiej. Na razie odkryłam dlaczego nie chce mi się jeść śniadań. Powodów jest kilka. Jednym z nich jest to, że rano mam kłopoty z połykaniem. Drugim jest jedzenie kolacji. Jak zjem kolację, rano śniadania nie wcisnę. Strategicznie eliminuję przyczynę i czekam na efekt 🙂  No i na razie jem śniadanie i nie jem kolacji.

Teraz obmyślam strategię na ćwiczenia. Na razie doszłam do tego, że jestem leniwą bułą, a jestem leniwa, bo sprawia mi to trudność. Lenistwo samo z siebie się nie bierze. U mnie bierze się z bólu i z braku efektów. Tak, rdzeniowy zanik mięśni to taka franca, która nie pozwala na spektakularne efekty, ba nie pozwala na jakiekolwiek efekty. Często jest tak, że jedynym efektem jest brak pogorszenia, czyli bardzo subiektywna sprawa. Czyli nic co mogłoby mnie zmotywować do zaangażowania się w rozwój mojego ciała.

Mając w swoim podręcznym słowniku STRATEGIĘ wierzę, że sama bez zbędnej prokrastynacji dotrę do stanu, który mnie zadowala i niekoniecznie będzie on miał z samorozwojem coś wspólnego.

Samorozwój leży i kwiczy. Też tak masz?