Wyczołgaj swoją godność

Kiedy czytam o tym, co spotkało Franka Gardnera na pokładzie samolotu LOT, ogarnia mnie nie tylko wściekłość, ale także głębokie zażenowanie. Nie mogę uwierzyć, że w XXI wieku osoba z niepełnosprawnością musi czołgać się po podłodze samolotu, żeby skorzystać z toalety. Ponieważ linie lotnicze nie zapewniły odpowiednich warunków. Ten przypadek brutalnie przypomina, że systemowa dyskryminacja jest głęboko zakorzeniona i cieszy się dużym poparciem.

Sama wielokrotnie byłam w podobnych sytuacjach, gdzie brak dostosowanej infrastruktury odbierał mi nie tylko komfort, ale przede wszystkim godność. Codziennie walczę o swoje podstawowe prawa, a historia Gardnera, podobnie jak moje własne doświadczenia, pokazuje, że niewiele się zmienia, mimo szumnych deklaracji o równości.

Przeglądając komentarze pod artykułami, jestem wstrząśnięta.

Nie może chodzić, ale może latać!”, „Jeśli jesteś osobą z niepełnosprawnością i nie możesz chodzić, jest to najzwyczajniej twoja sprawa”– te słowa są emanacją czystej ignorancji i całkowitego braku empatii.

Czy ci ludzie naprawdę nie zdają sobie sprawy, że takie wypowiedzi są po prostu złe.  Odbierają człowieczeństwo tym, którzy codziennie walczą o prawo do godnego życia.  Komentarze typu Każda maszyna nie musi być wyposażona w wózek inwalidzki” są dowodem na to, jak daleko jesteśmy od rzeczywistego zrozumienia potrzeb osób z niepełnosprawnościami. Wózek inwalidzki na pokładzie to nie żaden luksus, to absolutna konieczność. Załatwienie potrzeb fizjologicznych to podstawowe prawo człowieka. Dla wielu jednak to wydaje się być fanaberią, bo każdy normalny człowiek by to zgłosił z góry. Przerzucanie odpowiedzialności na osobę z niepełnosprawnością to klasyczne odwracanie kota ogonem.

Czy pełnosprawni zgłaszają, że podczas lotu będą musieli skorzystać z toalety? Sprawdzają, czy samolot ma dla nich miejsce do siedzenia? Oczywiście, że nie. To my musimy nieustannie tłumaczyć się z naszych potrzeb, planować życie wokół barier, które nie powinny istnieć. Dlaczego to ja, Ty albo Frank Gardner, mamy ciągle tłumaczyć, że chcemy korzystać z tych samych praw co inni?

Kiedy czytam kolejne komentarze typu „To linie lotnicze mają się dostosować do osoby, która nie chodzi?”, trudno mi uwierzyć, że ktoś może myśleć w ten sposób. Tak, linie lotnicze mają się dostosować!

Niepełnosprawność to nie wybór,

a ignorowanie potrzeb takich osób to świadoma decyzja, która rani i wyklucza. Czy naprawdę ktoś myśli, że osoba na wózku powinna każdą podróż planować jak wyprawę na wojnę? Każde wyjście do przestrzeni publicznej poprzedzać żmudnym planowaniem, bo system nie jest gotowy?

Najbardziej przeraża mnie to, co kryje się za taką obojętnością – echo eugeniki. Gdy czytam: „Nie wpuszczałbym poważnie niepełnosprawnych na pokład, bo to zagrożenie dla innych” to brzmi jak echo najciemniejszych czasów naszej historii.

Tak właśnie mówiono w latach 30. i 40. XX wieku, gdy osoby z niepełnosprawnościami uznawano za ciężar, którego trzeba się pozbyć dla „dobra społeczeństwa”. Nazistowska eugenika była brutalnym narzędziem eliminacji tych, którzy nie pasowali do „idealnego” obrazu społeczeństwa. Teraz te same argumenty wracają. Może nie eliminują nas fizycznie, ale krok po kroku wypychają nas z przestrzeni publicznej, sprawiając, że stajemy się niewidzialni.

Mam za sobą wiele podobnych doświadczeń.

Niedawno dwie prestiżowe instytucje zaprosiły mnie na organizowane przez siebie wydarzenia. Od lat promują się jako te, które walczą z wykluczeniem i wykazują wrażliwość na potrzeby drugiego człowieka. Pracujące tam osoby znały mnie, moje potrzeby, a nawet zgadzały się ze mną, że dostępność jest kluczowa. Jednak, gdy zapytałam o infrastrukturę, usłyszałam lakoniczną odpowiedź: „Przepraszam, dopiero to sprawdziłam”. Okazało się, że miejsce wydarzenia nie jest przystosowane dla osób z niepełnosprawnościami, więc tym samym zaproszenie jest nieaktualne.

Mam poczucie totalnej porażki, gdyż na temat dostępności wypowiedziałam tysiące słów. Wydawało mi się, że zostałam zrozumiana, że zgodzono się ze mną. Jednakże jak przychodzi do konkretów to organizacje nie widzą nic złego w łamaniu praw osób z niepełnosprawnościami.

Upokorzenie, które wtedy poczułam, zostało zamknięte w bezosobowych e-mailach, ale czy to znaczy, że nic się nie stało?

To był ostatni raz, kiedy pytałam o dostępność. Następnym razem po prostu pojadę, bo mam prawo nie doświadczać dyskryminacji. Należy mi się to, tak samo jak każdemu innemu. Instytucje i organizacje, które szczycą się walką z wykluczeniem i promują na sztandarach równość, muszą wreszcie przejść od pustych frazesów do realnych działań.

Jeśli tego nie zrobią, powinny zacząć się wstydzić.