Nie umiem w ludzi, nie umiem być słodką idiotką i udawać, że coś jest czarne jeśli ja to widzę jako białe.

Na szczęście tu za literkami nie widać mojej mimiki, która podobno doskonale mnie zdradza.
Każdy mięsień na mojej twarzy potrafi z taką sama łatwością okazać sympatię jak i niechęć. I żebym nie wiem jak się starała nad tym zapanować, udawać że wszytko jest ok to zdradzają mnie oczy. Znacie te uśmiechy, takie wystudiowane grzeczne i zawsze na miejscu, ale osadzone w twarzy z zimnymi oczami. Oczami do których nie dociera promień uśmiechu.

Bo to jest tak, że z jednymi ludźmi jest nam po prostu po drodze i żeby nam zrobili świństwo najgorsze: czytaj stłukli najulubieńszą filiżankę, czy wypili moje 20 letnie wino sami, to im wybaczymy. Wybaczymy im wszelakie drobne i mniej drobne grzeszki, bo po prostu nadajemy na tych samych falach.

A z innymi?, a z innymi nie. I nie zmieni tego faktu nic, żebyśmy nie wiem jak się starali sobie wytłumaczyć, że są fajni, że wartościowi, że warci uwagi, że same korzyści mieć będziemy z tej znajomości i że oni np. tą kiełbasę to wędzą najlepiej na świecie to nic, nie zaiskrzy i nie da rady nic z tym zrobić.

Ile to ja razy starałam się przekonać do kogoś, bo tak wypada, bo te korzyści, bo wszyscy pozostali „lubiom”. I nic, null, zero.
I niestety z blogerami też tak mam. O ile jestem w stanie polubić kogoś, ot tak za to co pisze, jak pisze i jak kreuje swój wizerunek, to tak samo nie umiem i nie potrafię przemóc się do polubienia kogoś, kto mi po prostu nie pasuje, a powinnam lubić, bo wszyscy lubią.

Uważam, że mam stosunkowo dobra intuicję i nic mnie tak nie wkurza, jeśli okazuje się, że ta intuicja mnie w którymś momencie zawodzi. Kiedy dzieje się tak, że ktoś kogo lubiłam, ceniłam i szanowałam zaczyna wyznawać wartości, których ja nie toleruję. Nie umiem w ludzi, których skali wartości nie potrafię zaakceptować. Odsuwam się od nich powoli – do całkowitego zniknięcia. I zazwyczaj ta osoba nawet tego nie zauważa.

Kiedyś próbowałam udawać, że mnie obchodzą opowiadane po raz setny te same historie, kiedyś potrafiłam wybaczyć, że ktoś tak naprawdę nie chce rady tylko chce mnie opluć swoim jadem i potraktować mnie jak spluwaczkę*. Teraz już nie.

Nie umiem w ludzi - antymotywująco

Jak to odróżniłam? Jak wyselekcjonowałam tych, którzy są warci mojej przyjaźni. Tak warci – uważam się za osobę wartościową, jestem wierna, chętna do pomocy, szczodra, dyskretna i ciepła.

Pierwsza podstawowa rzecz którą zweryfikowałam to fakt jak moi „przyjaciele” reagują na moje sukcesy i porażki.

I o ile porażki wyszły jako tako, to sukcesy? Cóż albo zostają przemilczane, albo sprowadzone do poziomu porażki. Bo „przyfarciłam”, bądź okazywało się, że ktoś zna mnie tak słabo, że nie ogarniał, iż to co postrzegam jako sukces, tym sukcesem jest dla mnie faktycznie.

Druga zweryfikowałam częstotliwość kontaktów i ich jakość.

Czy to były niezobowiązujące spotkania, czy odwiedzano mnie „po coś”. Kolejna sprawa dość istotna dla mnie – czy te spotkania odbywały się zawsze u mnie, czy były tzw. rewizyty. Dlaczego to dla mnie istotne? Specyfika mojej pracy powoduje, że często pracuję w domu i czasami mam tego domu serdecznie dość i chciałaby wyjść  jeżeli nie do mojego „przyjaciela” to chociaż do publicznego miejsca.  Podczas spotkania istotne jest też to ile czasu dajemy sobie na wygadanie się i czy to wygadanie działa w obie strony.

Trzecia to jak podchodzi do mojego kalectwa.

Miałam kiedyś taka sytuację. Wspólne „grupowe” spotkanie na piwo. Została wybrana knajpa, do której teoretycznie dało się zjechać, praktycznie nie dało, bo winda była zamknięta. Został nam ogródek. Usiedliśmy w ogródku zamówiliśmy drinki i rozpadało się totalnie. W skrócie – oni poszli do piwnicy, dokończyć drinki, ja w deszczu wracałam do domu.

To jak zachowuje się przy robieniu wspólnych zdjęć.

Dziwne kryterium? Może i tak, ale dla mnie to istotne, na ile ktoś nie chce stać koło mnie tylko za mną, żeby ukryć defekty, może nawet nie defekty, a brak akceptacji swojego ciała. Takie zdjęcia są tragiczne, ja sama na pierwszym planie, a za mną, za moim wózkiem właściwie grupa chowających się kobiet.

Dlaczego teraz o tym? Bo zbliża się czas świąt, bo zbliża się czas oznaczania na postach świątecznych, wysyłania smsów i kartek. Nie wyznaję zasady, że trzeba wysłać chociaż raz w roku kartkę do znajomych, z którymi nic nas nie łączy. Nie lubię tego. Skoro cały rok nie masz czasu na to żeby się odezwać, to nie uspokoisz swojego sumienia wysyłając mi raz (dwa razy) w roku kartkę lub sms. Nie odpowiadam na takie oznaki „pamięci”, wkurzają mnie one bardziej niż brak kontaktu. Adrian Bysiak napisał w swoim poście o instagramie

Według mnie – śledzenie czegoś, tylko dla jakiejś idei jest głupie.

Cysta prawda, bycie znajomym z kimś tylko dla idei, dlatego że kiedyś się znaliśmy, a teraz nie mamy sobie nic do powiedzenia jest głupie i szkoda na to czasu.

Nie umiem w ludzi - antymotywująco

Wiesz….. chciałam Ci powiedzieć żebyś się nie bał powiedzieć „nie” wszystkim toksycznym relacjom, w których jesteś uwikłany. Skasuj z FB tych z którymi nie zamieniłeś przez ostatnie pół roku ani słowa, po co Ci taka relacja? Nie bój się tego co powiedzą inni, oczyść swoje otoczenie z wampirów energetycznych i odeślij ich do specjalisty, który za swoje usługi bierze pieniądze. Nie masz obowiązku być powiernikiem i nie bój się, że zostaniesz sam. Natura nie lubi próżni, miejsce wysysaczy i spluwaczy zapełnią ludzie wartościowi i tacy których interesujesz Ty, a nie to ile czasu możesz poświęcić na jego problemy.

Tego Ci na te święta życzę.

Odwagi w oczyszczeniu przestrzeni wokoło siebie.

 

*To taka osoba, do której przychodzi się tylko po to żeby się wyżalić i zwierzyć ze swoich problemów. Nie słuchając przy tym spluwaczki. Spluwa się do niej cały swój syf i odchodzi się oczyszczonym. A ona? Ona zostaje z tą toksyczną flegmą i ma ją w sobie i na sobie.