to nie jest kolejna recenzja Okularnika

Zacznę od tego że nie znałam autorki.

Nie zachwycałam się książkami, nie wzdychałam do Huberta, nie znałam Kasi Bondy. Zrażona do polskich kryminałów jeszcze w dziecieństwie, przez wiele lat za jedyne słuszne kryminały uważałam te napisane przez Agatę Christie. Co prawda miałam chwilowy romans z Detektywem, pismem które podkradałam ojcu, celem przeczytania i podsycenia żyjącej we mnie niezdrowej fascynacji złem. Nie wiem skąd u mnie to zamiłowanie do mordu, okropieństw, krwi i flaków. Kiedyś ktoś powiedział, że jak ktoś ma poukładane życie, to właśnie takich emocji szuka w książkach, filmach. Wolę to wytłumaczenie, niż to że jestem kolejnym wcieleniem jakiegoś psychopaty.

Wracając do tematu nie czytałam polskich książek kryminalnych. Aż tu nagle pojawił się w moim mikroświecie temat Pochłaniacza. Zaciekawiona zaczęłam słuchać (tak na audiobooku – Agata Kulesza fantastycznie interpretuje ta książkę) i popłynęłam. Po skończeniu czytania miałam kaca, totalnego kaca książkowego. Pochłaniacz do tej pory wraca do mnie fragmentami. Przypominam sobie atmosferę, którą nakreśliła autorka i tęsknię, za tym światem.
W międzyczasie sprawdziłam kto zacz, ta Bonda. Okazuje się, że rok młodsza ode mnie, pochodząca z kresów piękna kobieta o wyglądzie nastolatki. Oczywiście najpierwsze skojarzenie – to sobie laska pseudo wymyśliła – Bonda.

Co ona dziewczyna Bonda?

No i faktycznie, na jej stronie nawiązanie do Bonda. Pozowane zdjęcia z pistoletem. Przyznam, że gdyby nie to, że byłam w trakcie czytania książki, nigdy bym po nią nie sięgnęła. Cały ten aranż wydał mi się dość słaby. Uważam, że książki bronią się same i nie potrzebują wsparcia żadnego (nawet najprzystojniejszego) Bonda. Pani Katarzyna wygląda, skromnie dziewczęco. Ale nie wolno dać się zwieść jej pięknym oczkom i blond włosom. Pod tą bardzo przyjemną powierzchownością funkcjonuje bardzo dobrze i sprawnie działająca machina twórcza.
Okularnika nabyłam na Targach Książki w Warszawie. I tu bardzo dziękuję Pani z wydawnictwa MUZA, która po zapytaniu moim czy gdzieś jeszcze p. Bondę mogę znaleźć pokierowała mnie na spotkanie autorskie do sali Rzym. Rzymu się naszukaliśmy przyznam szczerze i gdyby nie moja wrodzona upartość, reszta wycieczki by sobie odpuściła spotkanie z autorką. Jak już odstaliśmy swoje w kolejce do windy, to zaczęły się kilometrowe korytarze. Dopiero gdzieś tam na końcu sala i autorka. Uwierzcie mi to spotkanie było najfajniejszą rzeczą na targach.
Pani Kasia ma dar do zmniejszania dystansu i wzbudzania zaufania w czytelnikach. Niektórzy uczestnicy panelu byli już po lekturze Okularnika i wielkie dzięki za brak spojlerów, dzięki temu mogłam sama odkrywać książkę.
to nie jest kolejna recenzja Okularnika :)

W pierwszej chwili rzuciło mi się jak bardzo Sasza przypomina Kasię.

Poza standardowym tekstem „nie lubię się pocić”, autorka wiele dała z siebie Saszy. Po przeczytaniu Okularnika okazało się że dała jej z siebie jeszcze więcej, czy to z biografii, czy też osobowości.  Pani Kasia powiedziała, że jak przeczytamy końcówkę to ją znienawidzimy. Tak mocno to zdanie wryło się w moją czaszkę, że z przeczytaniem książki czekałam prawie miesiąc. Wiecie jak to jest – najmilsza jest chwila przed zjedzeniem miodziku. W końcu czytając pojawiające się masowo recenzje książki zaczęłam czytać. I…..no cóż dozowałam sobie książkę, jak kiedyś czekoladę milkę zakupioną w Pewexie. Kilka kartek dziennie, żeby wystarczyło na dłużej. W życiu tak długo nie czytałam książki!
Czytelnik zagłębiając się w lekturę zadaje sobie pytania, na które dostaje odpowiedź na kolejnych kartach książki. Autorka nie pozostawia niedopowiedzeń. Precyzyjnie opowiada historię, a to że w pewnym momencie czujemy zagubienie jest zamierzonym efektem. Z czasem dowiemy się o co chodziło – zupełnie jak w życiu.
Nie będę się rozwodzić nad misterną intrygą, nad wielowątkowością, nad wiarygodnością i wirtuozerią pisarską. Przecież to Bonda wiecie czego się spodziewać. Poza tym już tyle recenzji napisano, że nie odkryję nic nowego.

Powiem Wam co mi ta książka dała.

to nie jest kolejna recenzja Okularnika :)
Po pierwsze, przypomniała to jak ważna jest rodzina i pamięć o pochodzeniu.
Pochodzę, jak autorka, z małego miasteczka, na wschodzie Polski, gdzie wszyscy od pokotu świata się znają.  Gdzie wiesz, że obcy wiedzą o tobie i twojej rodzinie więcej niż ty sama. Gdzie plotka, potrafi zniszczyć życie.
Po drugie, jak ważne jest zaufanie i wierność – ideałom, przyjaciołom, ojczyźnie.
Po trzecie, że trzeba się dobrze zastanowić zanim zacznie się coś popierać, chociażby ideę Żołnierzy Wyklętych.
Po czwarte, jak zafiksowanie może zmienić postrzeganie książki. Ja przez całą lekturę zamiast Saczko czytałam Sraczko i amen. Cała atmosfera szła na chwilę w kąt, bo śmiałam się sama z siebie.
Po ostatnie, jak fajnie jest kiedy autor ulubionej książki żyje i możesz z nim porozmawiać. 🙂 ps. u nas się mówi „kosciółkowy” czemu u Was, parę kilometrów wyżej, p. Katarzyno „kościelny”? 😉
ps. zdjęcia z profilu fb Miasto Słów, bo ja oczywiście przejęta gadaniem zapomniałam się sfotografować z autorką 🙂